Znowu spałem...
Czy to ważne, że wcześniej udało mi się wyjść ?
Powodowany nagłą potrzebą wychyliłem głowę spod płaszcza ciemności. Ale stało się coś, jakiś mocny impuls zawładną moimi nie do końca przebudzonymi myślami. Do umysłu wdarł mi się czyjś zimny głos i nakazał mi spać... znowu spać...
Dopiero teraz znów otworzyłem oczy. Wygrzebałem się z tego pogorzeliska (jakim cudem??) z cichą nadzieją na to, że nie usłyszę po raz drugi tego hipnotycznego głosu. Nie chcę już więcej trwać w marnotrawnym letargu.
I nie usłyszałem go. Wyglądam jak wrak człowieka, namiętnie chowającego się po cieniach starego miasta. Brak mi wiary, brak mi efektywna aparycji... muszę się zregenerować. Poskładać strzępki swojego Ja w jedną całość.
czemu mnie tak długo nie było ?
Gdy zaczęły docierać do mnie przytłumione odgłosy wieczornego zgiełku na ulicach Warszawy do mojego umysłu dotarły sygnały o obecnej sytuacji w której się znalazłem. O tym, że spałem... bardzo długo spałem.
Trochę czasu zabrało moim zmęczonym oczom przyzwyczajenie się do ciemności panującej w miejscu, w którym leżałem. Leżałem... właściwie to moje ciało wciśnięte było w nie do końca naturalny sposób pomiędzy dwie sterty głazów. Czułem odciskające się kamienie w każdym mięśniu, w każdym kawałku mojego ciała.
Ale co się stało ? Dlaczego tutaj byłem ? – te pytania nie dawały mi sposobu.
Próbowałem się ruszyć, ale bezskutecznie. Długi letarg spowodował tragiczny w skutkach w obecnej sytuacji brak sił. Odetchnąłem głęboko. Powietrza było mało, ale jednak było. A więc było stąd wyjście. Tylko jak się wydostać?
prawie poczułem to ciepło...
Szedłem po parku. Szedłem alejami usłanymi nieciekawie pomalowanymi na brązowy kolor ławkami. Usiadłem na jednej z nich, zaraz pod wielkim drzewem o palczastych liściach. Wielki kasztan – drzewo żyło w sobie przynajmniej jeden wiek.
Wciągnąłem w płuca powietrze. Było chłodnawe – jeszcze za wcześnie na letnie, ciepłe noce.
Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie to miejsce skąpane w słonecznym blasku. Zobaczyłem ludzi krzątających się miedzy drzewami, rodziny i dzieci zajmujące ławeczki, staruszków grających swoje ostatnie pieśni gdzieś w środku parku. Ciepłe powietrze i oblane letnim potem liście.
Tak, bardzo chciałem to zobaczyć. Ale nie dla mnie te rozkosze. Należę do Niej – do Nocy. I to dla Niej muszę śpiewać...
wyszedłem z otchłani by w s t a ć
Miałem już nie wracać, miałem zasnąć i śnić wieczny sen. Sen o nowym życiu, nowej przestrzeni, nowych przyjemnościach i smutkach. Ale zaciekawiła mnie opinia nieznanej duszyczki. Postanowiłem zostać. Tak, zapalę tym razem światło. Zapalę i może nie zmarznę.
Uśmiecham się w sobie.
Dziękuję...
pokora
Odnalazłem dzisiaj świątynię zbudowaną ludzkimi rękoma , a w której ponoć zamieszkiwać ma odwieczny duch wszechrzeczy. Z ciekawości przekroczyłem jej bramę i stanąłem pośród śmiertelnych.
Podczas nabożeństwa zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w umysły ludzi znajdujących się w tej małej zatłoczonej salce.
Jedni, fanatycznie odśpiewywali pieśni. Z ich ust cisnęły się słowa modlitwy, wypowiadane szybciej, tak aby inni zobaczyli ich świętość.
Inni znów, kurczowo trzymali w dłoniach różańce i odprawiali swoje własne modły, prosząc o pomyślność bądź rozwiązanie jakiegoś większego problemu.
Matka prosząca o nawrócenie dla swojej młodocianej córy, dziewczyna prosząca o miłość, rodzina modląca się o uzdrowienie dla kogoś w chorobie – to słyszałem.
Reszta pozostawała nieczuła na wszystko. W ich oczach widniał nudny obowiązek. Beznamiętnie wpatrywali się w ołtarz i w ciało swojego ukrzyżowanego Pana.
A ja.. ja stałem i chyba po raz pierwszy od wieków zadałem pytanie, w samotności. Nie sobie, nie innym, lecz Jemu – Bogowi chrześcijan.
Jednak nie dostałem żadnej odpowiedzi.